W głebi Tatr na Rusinowej Polanie

W Tatrach, na Rusinowej Polanie, jest szałas Anieli Kobylarczykowej, znany wszystkim miłośnikom gór jako szałas Babki. Ostatni z wielu, jakie kiedyś stały na polanie, po dziś dzień daje schronienie nie bojącym się ryzyka turystom. A przychodzi ich tam wielu, żeby przeczekać do rana i pójść dalej w góry. Najczęściej to studenci. Trafiają się rozmaite typy: drapichrusty i włóczęgi, co to ani pobożne, ani bardzo wierzące, ale kochają góry i łażenie. Wszyscy oni, wolne ptaki, którym trudno usłuchać własnych rodziców, posłuszni są tutaj Babce, z którą starają się żyć w zgodzie i przyjaźni. Na Rusinowej polanie bowiem rządzi Babka.

Kiedy dzień ma się ku końcowi, a ludzie szczęśliwie powracają z górskich wypraw i wycieczek, Babka zbiera ich i wyrusza w drogę. Idą wszyscy mieszkańcy szałasu. Około 15 minut drogi niebieskim szlakiem w dół ku Za-zadniej stoi inny szałas góralski - kaplica. Tam inna Gaździna wychodzi ludziom na spotkanie. Wszyscy nazywają ją Matką. Wszyscy też znają Jej imię.

Owinięta w chustę stoi na progu i zaprasza wchodzących do środka. Grube wieśniacze rysy, szorstkie, spracowane ręce, twarde bose stopy. Twarz ogorzała wiatrem, ręce nie widziały nigdy rękawiczek, stopy nie znały obuwia. Od dziecka nauczona chodzić boso po górach. Na wieśniaczą głowę włożono królewską koronę. W rozpostartej ręce berło. Stoi tak i patrzy na przechodzących obok turystów. Ci zaś zachowują się różnie. Jedni wchodzą od razu. Znają dobrze to miejsce i są jakby u siebie. Inni zanim wejdą do środka, zaglądają przez okna. A kiedy się tak zejdzie ludzi, wtedy woda leje się po szybach od ludzkich oddechów, jak w zwyczajnej góralskiej chałupie.

Te dwa szałasy reprezentują dwa odmienne światy. Są jak dwie kaplice tym dwom światom wystawione. Jedna temu, który bezpowrotnie odchodzi - zanikającej góralszczyźnie. Druga, jak Arka Przymierza między dawnymi a nowymi laty, kieruje myśli ku przyszłości. Babka jest symbolem świata, którego postać przemija, odchodzi, jak przegnane z hal kierdele owiec. Matka jest symbolem świata, który dopiero się rodzi, rozwija, wychodzi na spotkanie Nowego. Tutaj rodzi się wiara, powołanie, chęć służenia Bogu, pożądanie wzgórz wiekuistych. Niedawno odkryto to miejsce. Niedawno zauważono Jej tutaj obecność. Górale zauważyli Ją jakieś sto lat temu. Chodzący po górach jeszcze później. Ale Ona była tutaj zawsze. Odwieczna Góralka patrzyła, jak powstawały Tatry, a potem chodziła po polanie, zanim ktokolwiek po niej chodził. O Niej to przecież napisano: "Pan posiadł mnie na początku dróg swoich, zanim cokolwiek od początku uczynił. Od wieków zrządzona jestem i od starodawna, zanim ziemia powstała. Nie było jeszcze przepaści, a jam poczęta była. Jeszcze nie wytrysnęły źródła wód, jeszcze ciężarem swym nie stanęły góry: przed pagórkami jam była zrodzona" (Prz 8,22 n).

Przez większą część roku kaplica z cudowną figurką Matki Bożej Królowej Tatr stoi sama. Czasem przejdzie obok jakiś samotny wędrowiec. Wstąpi, odmówi pacierz i idzie dalej. A wtedy samotnie stojącej figurce szepcą swoje pacierze pochylone smreki i przepływający opodal potok.

W sezonie kaplicę nawiedzają tłumy. Górale i miastowi. Miastowi przynoszą zapobiegliwie przygotowane kanapki i miastową piosenkę. Górale śpiewają po swojemu. Już kilka razy paliła się kaplica na Rusinowej Polanie. Cudowna Gaździna zawsze wychodziła z tych opresji cało i zdrowo. Raz tylko osmoliło Jej ręce. Także i dlatego przychodzą tutaj tak licznie ludzie. Mają bowiem nadzieję, że raz jeszcze uda się Jej ten pożar, jaki w sobie czują, ugasić. Pożar ich własnych grzechów, ich własnego piekła. Na progu kaplicy jest księga. Wpisują się tam przechodzący i polecają na piśmie szereg spraw do załatwienia. Jeżeli przedrzeć się nawet przez nieudolność sformułowań, dotrzeć można do ludzkiej głębi, do gorącego serca, które podyktowało te kilka wyrazów. Dotrzeć można do drżącej ręki, która te stówa zapisywała w pośpiechu i w obawie, czy nie patrzą inni. Po piśmie rozpoznajesz ludzi. Pismo staranne, kaligraficzne, jak przed wojną uczono. Pewnie jakaś przedwojenna nauczycielka. Pismo malca, który stawia pierwsze litery. Te z kolei, równo stojące i trzymające się razem, skreśliła wprawna ręka, dla której trzymanie pióra jest stałym zajęciem. Tuż obok pisał ktoś, kto rękę ma ciężką i z rzadka bierze się do pióra, tak topornie postawił litery.

Te utarte formuły proszą o zdrowie i błogosławieństwo w życiu, usiłują zawrzeć coś, co z natury jest niewyrażalne i nie dające się sformułować. Proszą o trochę szczęścia, dobroci, zdrowia i kochania. Tutaj przychodzą ludzie powiedzieć to, co gdzie indziej powiedzieć trudno, czego gdzie indziej powiedzieć nie można. Przychodzą ze sprawami, z którymi sami nie mogą sobie poradzić.

Te księgi, a jest ich sporo zapisanych, są dowodem zaufania do Matki Bożej. Są dowodem Jej nieustającej opieki i pomocy. Są też odpowiedzią dla pytających o drogę. Na Rusinowej Polanie, tuż przy kaplicy krzyżują się turystyczne szlaki, prostują się też ludzkie drogi.

Ta kaplica Jaworzyńskiej Pani jest miejscem jedynym - innym od innych. Dla mnie i dla mojego pokolenia dominikanów polskich jest miejscem uprzywilejowanym, związanym z pierwszym mocnym przeżyciem gór i intensywnym przeżywaniem młodości.

Przyprowadzono nas tutaj po raz pierwszy przed laty. jako młodych kleryków, tuż po skończonym nowicjacie a przed rozpoczęciem studiów w Krakowie. Była polska złota jesień. Przyszliśmy z Zakopanego pieszo z solidnie nabitymi plecakami, by przyklęknąć przed maleńką figurką Matki Bożej... I tak już zostało. Przez wszystkie lata studiów przychodziłem na Rusinową Polanę. Za każdym razem, wiedziony nieuświadomioną potrzebą serca, wpisywałem gdzieś w rogu wyłożonej księgi trzy słowa: Sub Tuum praesidium... Robiłem to ukradkiem, aby inni nie widzieli i z wiarą we wstawiennictwo i protekcję tej Gaździny, która tutaj, w głębi Tatr, gazduje.

Po wyjazdach letnich przyszła kolej na zimowe. Po raz pierwszy bracia spędzili tutaj ferie zimowe w przerwie międzysemestralnej pod koniec lat sześćdziesiątych. Wyprawie przewodniczył brat Leonard, który jako góral rodem z Dzianisza już wtedy wzbudzał zaufanie przełożonych. Potężnej budowy i znający się doskonale na górach wziął na siebie odpowiedzialność za resztę braci mieszczuchów. W maleńkiej kuchence pod podłogą kaplicy spędziliśmy kilka dni. Od rana do wieczora jeździliśmy wtedy na nartach ze zbocza Gęsiej Szyi. Kiedy zrobiło się ciemno, zbieraliśmy się na wspólnie odmawianym brewiarzu i Mszy świętej. W kaplicy było tak zimno, że wino w kielichu zamarzało i trzeba było dobrze chuchać, żeby móc je spożyć. Po Mszy świętej wspólna kolacja i śpiewy. Tak, śpiewaliśmy wtedy dużo i chętnie. Potem stół i ławy wynosiliśmy na zewnątrz, a na podłodze rozkładaliśmy sienniki wypchane wilgotną od pary słomą. Wkładając na siebie wszystkie swetry a liche śpiwory przykrywając kurtkami, drzemiąc raczej niż śpiąc, przeczekiwaliśmy do rana. Przez całą noc któryś z nas pilnował pieca, a kiedy nieopacznie się zdrzemnął i ogień wygasł, woda w garnkach zamarzała, a nad każdym ze śpiących unosił się obłoczek pary.

Podczas któregoś, kolejnego już razu, gdyśmy się już oswoili z warunkami i miejscem, zaprosiliśmy tam księdza kardynała Wojtyłę, który przyjechał na krótko do Zakopanego na narty. Kardynał zaproszenie przyjął i obiecał przyjechać na Wiktorówki na nartach 2 lutego, w dniu Matki Boskiej Gromnicznej, by około południa odprawić dla nas Mszę świętą i zjeść wspólny obiad. Od samego rana przygotowywaliśmy się na spotkanie z Kardynałem, a od południa staliśmy na baczność. Razem z nami byli Ewa ze Zbyszkiem, zaprzyjaźnione małżeństwo wyczekujące swojego pierwszego dziecka, które gdy się urodziło, jako dopiero co wyświęcony ksiądz, z radością ochrzciłem. Byt o. Honoriusz, duszpasterz akademicki, który kilkanaście lat później zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Było także dwóch górali z Małego Cichego.

Południe pełne napięcia minęło. Gotowy obiad, który brat Lucjan utrzymywał w pogotowiu i podgrzewał, powoli przekształcał się w wieczerzę. Uroczyście przygotowany chrust wystygł. Zaczęło robić się mroczno, kiedy dwóch zmęczonych wędrowców dotarło na nartach przed kaplicę. Najpierw była Msza święta, podczas której śpiewaliśmy kolędy. Nie obyło się bez tej góralskiej: Oj, Maluśki, Maluśki... Zbyszek grał na fujarce. Staliśmy wtedy wszyscy z zapalonymi gromnicami grzejąc sobie ręce nad płomieniem świecy. Kardynał powiedział do nas kazanie o Matce Bożej i Świetle, które przyniosła do świątyni... Mrok kaplicy oraz twarze i ręce obecnych rozświetlały płomienie świec.

Potem była kolacja z Księdzem Kardynałem. Jadł mało. Ksiądz profesor Styczeń, który mu wtedy towarzyszył, szepnął mi do ucha, że Kardynał bardzo jest zmęczony, ponieważ zgubili drogę w lesie, gdzie ostatnie obfite opady śniegu zasypały wszelkie ślady i szlaki. W czasie posiłku zdarzyła się iście papieska scena, chociaż wtedy nikt z nas tak jej nie odczytał ani podejrzewał jej dalszego ciągu.

Otóż obecni na Mszy świętej i na kolacji dwaj górale z Małego Cichego przystąpili do Kardynała całując go w rękę i zagadnęli:
- Eminencjo, dobrze by było, gdyby tak ojcowie dominikanie osiedlili się w Matem Cichem, bo my mielibyśmy wygodę, a Matka Boża na Wiktorówkach też miałaby opiekę.
- Dobrze by było, może i dobrze - swoim zwyczajem powtarzał głośno Kardynał.
I wtedy stało się coś takiego, jak na konklawe, kiedy nowo wybrany papież oddaje swoją piuskę kardynalską komuś ze świty ustanawiając go tym samym kardynałem, tak i tutaj, głośne myślenie Kardynała górale wzięli ze rzeczywistość, za coś co już się dokonało i zaraz przypadli mu do ręki z wdzięcznością, powtarzając raz za razem:
- A juści będzie dobrze, oj dobrze...

Jak było potem, nie wiem, ale jakoś tam prowincjał z Kardynałem się dogadali i dominikanie osiedlili się w Małem Cichem, a tym samym kaplica na Wiktorówkach otrzymała solidne zaplecze i oparcie... Co w rzeczywistości oznaczało stałą duszpasterską opiekę. Była już noc, kiedy odprowadziliśmy naszego Gościa i Jego towarzysza na Rusinową Polanę, skąd z zapalonymi pochodniami powędrowali na nartach wraz ze Zbyszkiem w kierunku Wierchu Porońca.

Później powrócił w te okolice znowu, już jako Papież Jan Paweł II. Spoglądając na błoniu pod Nowym Targiem w kierunku zasłoniętych chmurami Tatr, wspominał Tę, która mieszka "w tej głębi Tatr na Rusinowej Polanie".

Cały szereg spotkań niezapomnianych i rozmów niedokończonych nakłada się tutaj na siebie. Zawsze można do nich powrócić, prowadząc je dalej, o ile ludzie jeszcze żyją... Kiedy byliśmy już po święceniach, wyznaczono nam dyżury przy kaplicy. Pewnego dnia, gdy zrobiło się już szaro, ludzie zaczęli liczniej niż zwykle napływać ku Wiktorów-kom. Szli zielonym szlakiem z Gęsiej Szyi, niebieskim od Palenicy Białczańskiej, zielonym z Wierchu Porońca albo też niebieskim z Zazadniej. Wieczorem tego dnia miałem odprawić Mszę świętą w rocznicę powstania warszawskiego. Sporo przyszło warszawiaków. Kaplica napełniła się ludźmi. Zapaliliśmy świece. Rozpoczęła się Msza święta. Kazanie miałem o chlebie. Mówiłem, że u nas chlebem witają, że z chlebem wychodzą naprzeciw i że to samo jest we Mszy świętej. Że tak samo z Komunią świętą naprzeciw wychodzę i chociaż kościół czasami pełen jest ludzi, to tylko jakaś stara babka podejdzie, by przyjąć Chrystusa. I tego wieczoru stało się, jak mówiłem. Chociaż kaplica pełna była ludzi, do Komunii świętej podeszła jedna stara góralka - Babka z Rusinowej Polany. Wprawdzie coś się tam ruszało i szeptało, ale wkrótce ucichło i nikt więcej do Komunii świętej nie podszedł. Nie chciany Chleb schowałem do tabernakulum. Pobyliśmy jeszcze trochę w milczeniu i powiedziałem zebranym: "do widzenia". Ludzie jednak nie mieli ochoty odchodzić. Usiedliśmy przed kaplicą przy herbacie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Śpiewanie nam nie szło. Nawet śmiać się nikomu nie chciało z głupich kawałów, które Grzegorz opowiadał, usiłując rozbawić towarzystwo. Swoim kazaniem popsułem warszawiakom humory. Było już po północy, kiedy Krystyna, jedna z zebranych, zapytała: "Nie ma tu ojciec kawałka chleba?" Nie domyślając się, o co chodzi, przyniosłem, bo sądziłem, że ktoś głodny. Wtedy dokończyła swoją myśl: "Nie przyjęliśmy Najświętszego, połammy się przynajmniej zwyczajnym". I połamaliśmy się chlebem. Rozstaliśmy się wkrótce, ale wspomnienie tego spotkania zostało w nas wszystkich.

Następnym razem spotkaliśmy się już w Warszawie. Wtedy dowiedziałem się, że pragnących Komunii świętej było wielu. Mira chciała też przystąpić, ale zatrzymali ją przyjaciele, wiedząc, że chowana-z daleka od Kościoła, nigdy u Komunii świętej nie była. Po dziewięciu miesiącach, a więc po czasie, jaki potrzebny jest naturze ludzkiej do urodzenia się nowego człowieka, podałem Mirze Pierwszą Komunię świętą i pobłogosławiłem jej małżeństwo z Grzegorzem. Po tych dziewięciu miesiącach miałem do czynienia z zupełnie innym człowiekiem, z nowym człowiekiem, narodzonym z Ducha, któremu podawałem Chleb Aniołów. Stało się to mocą tamtego spotkania w kaplicy na Rusinowej Polanie.

Na Polanę lubiłem wychodzić sam, z książką. Całe godziny przesiadywałem na którymś z ogromnych kamieni, jakie porozrzucane są wokoło. Ale z czytania nigdy nic nie wychodziło. Widok bowiem na Hawrań, Murań i Lodowy oraz całą tę grań tworzącą, idąc bardziej w prawo, otoczenie Morskiego Oka - bywał bardziej zajmujący niż najbardziej interesująca książka. Odrywał od czytania, przykuwał.

Na prawo, zawsze na prawo, wejście na Gęsią Szyję i widok na Koszystą i Wołoszyn. Nie sposób stanąć tu inaczej. Tyłem wobec gór nie wypada. W słoneczne dni szara grań wydawała się bliska, niekiedy bardzo bliska, tak że tylko ręką sięgnąć. Bliska i niegroźna. Słońce wydobywało z niej zagłębienia i szczeliny, oświetlało wypukłości. A ręka sama się rwała, by dotknąć tej niegroźnej, puszystej szarości. Kiedy indziej z tego samego miejsca grań wyglądała groźnie. Góry stawały się odległe, nieprzystępne, odpychające. Grań była ostra, szorstka, niebezpieczna. Halny wraz ze spadkiem ciśnienia sprawiał, że góry zachowywały się jeszcze inaczej. Dymiły. Ta sama grań była jak skocznia narciarska. Małe ciemne chmurki wyskakiwały z dużą szybkością zza gór wzlatując wysoko i szybko robiąc miejsce następnym. Wyglądało to jak skoki narciarskie wykonywane jeden po drugim.
A ośnieżone szczyty? Ze swymi płaszczyznami bieli i szarości? Codziennie inne. Z każdą chwilą inne. Niezmordowane w trwonieniu piękna stanowiąc jakby naturalny tron Królowej Tatr.

Kaplica i jej otoczenie obdarowuje nas spokojem, głębokim, miarowym oddechem człowieka wspinającego się na wysoką górę. Obdarowuje bliskością Boga i ludzi, którzy jakoś bardziej są skłonni, by sobie pomagać. Tutaj uczymy się doceniać obecność drugiego człowieka. W górach, na szlaku ludzie zauważają się wzajemnie - na Krupówkach nieznajomi nigdy by się nie pozdrowili, tak jak pozdrawiają się na szlaku. Góry uczą także innej Obecności. Sterczące naprzeciw Rusinowej Polany górskie kolosy nic nie mówią - milczą. Cisza w górach jest intensywna, "dzwoni w uszach", człowiekowi wydaje się chwilami nie do wytrzymania - tak bardzo przesycona jest Obecnością. Wobec górskiej ciszy milkną rozgadane umysły i języki. Stajemy onieśmieleni jak wobec czegoś świętego, jak w czasie wejścia do świątyni. Bo w mieście na co dzień obracamy się wokół wytworów rąk ludzkich, lepszych lub gorszych, a tutaj stajemy wobec dzieła, które jeszcze się ostało i jest takie, jakie wyszło z rąk Bożych. Ludzie tutaj nawracają się sami, nie mogąc jakby znieść nadmiaru piękna i bliskości Boga. Sami się nawracają, bez zbędnych słów i kazań, słuchając tylko ciszy gór.

Lubimy to miejsce, bo stąd bliżej do Boga, do Boga Stworzyciela wszechświata, do Chrystusa i Jego Matki. Tutaj bardziej czujemy więź z tymi, których spotykamy. Może dlatego pamiętam każde niemal podanie ręki, pocałunek, czysty i niegroźny, bo zabezpieczony wysiłkiem dojścia i tą szczególną Obecnością. Po dziś dzień pamiętam smak podanego mi tutaj po raz pierwszy kubka gorącej herbaty i łyk wody ze źródła. I tak już zostało. Herbata z Wiktorówek jest zawsze najlepsza, a woda ze źródła najczystsza i najsmaczniejsza.

Na Wiktorówkach wszystko jest celebracją. Tam wszystko trzeba robić tak, jak robili to inni przed nami. Posiłek. Rozkładanie serwety i uważne spojrzenie czy nie ma w pobliżu głodnych, których można by do wspólnego stołu zaprosić. Chodzenie do źródła po wodę, smakowanie wody - ciągle na nowo. Nade wszystko zaś minuty spędzone w kaplicy, by pomilczeć, zmówić modlitwę do Matki Bożej. Najczęściej: Pod Twoją obroną... To wszystko jest stałe, niezmienne, rytualne. Każdy znany gest przywołuje chwile pierwotnego przeżycia.

Albo wieczory, kiedy po Mszy świętej, po kolacji nie trzeba było nigdzie wracać, kiedy zostawaliśmy tutaj na noc, przeobrażały się we wspólne śpiewanie albo niezapomnianą, półgłosem prowadzoną rozmowę. Nikt się nie spieszy. Przed nami noc. Słowa można cedzić, ważyć - nie liczyć. Wychodzimy poza czas swój własny, ten wyliczony i skrzętnie zagospodarowany. Czas przeżyty na Wiktorówkach, dzięki modlitwie i kontemplacji staje się przedsmakiem wieczności.

To miejsce uczy nas dystansu do przestrzeni i czasu codziennego życia. Tutaj odzyskujemy siebie, panowanie nad sobą i swoim światem. Uczymy się cenić i smakować czas. Samowiednie wyrasta modlitwa: "Panie, naucz nas liczyć dni nasze..." Czas stracony, zużyty, jałowy przeobraża się tutaj w modlitwę, kontemplację, zadumę. Nerwice zostają zaleczone, bóle ustają, pośpiech znika. Miara narzucona nam przez cywilizację, miara prędkości tramwaju, autobusu czy samochodu tutaj zostaje przełożona na miarę prędkości poruszania się człowieka w górach. Marsz w górach reguluje rytm ludzkiego serca i oddechu i sprawia, że człowiek rodzi się na nowo. Jak dom w Nazarecie jest gazdówka Matki Bożej na Rusinowej Polanie. Gościnna, stale otwarta dla wszystkich, uboga. To co każdy z nas stamtąd ze sobą zabrał, to wspomnienie spotkań, które zapoczątkowały coś, co trwa po dzień dzisiejszy. I chociaż dawno nie byliśmy w Tatrach, to ziarno tam posiane wzrosło i teraz wydaje swoje plony. Bo tajemnica nawiedzenia jest tam przeżywana. Tajemnica nawiedzenia, kiedy to "Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry", i spotkała Elżbietę (Łk 1,39). Wysoko w górach spotkania są inne niż na nizinach. A te z Rusino-wej Polany i Wiktorówek są jedyne. One to właśnie są naszym bogactwem. Są nim dzięki tej Cudownej Gaździnie, Królowej Tatrzańskiej, Królowej Górali, Królowej Taterników, Królowej i Przewodniczce zagubionych na szlakach. Trudno wyobrazić sobie rok, w którym zabrakłoby wizyty Jej złożonej. Ale wracamy tu już nie sami, lecz z tymi z którymi pracujemy, modlimy się i których kochamy... bo chcemy by i oni przeżyli to samo. Wracamy tu uparcie, choć Wiktorówki z każdym rokiem coraz wyżej i chociaż trudniej na nie wychodzić. - Jeszcze tego roku wyszedłem ku Wiktorówkom, a więc jeszcze żyję - mawia Franek z Małego Cichego, który przez lata był kościelnym przy kaplicy i zbierał "na ofiarę" do góralskiego kapelusza.

Kaplica Matki Bożej jest położona wysoko - na górze. Niektórzy pozostaną w dole, w Zakopanem, na Krupówkach, przy sklepach i witrynach, w kawiarniach i na ulicach. Albo jak Michał z Bogną pobiegną na występ idola. Tylko nienasyceni poszukiwacze przygody przychodzą tutaj, do tej kaplicy, by przebić się przez chmurę mgły i zobaczyć ośnieżone szczyty i słońce. W dolinie zostawiamy nasz świat codzienny, przyprószony brudną przemysłową mgłą i śniedzią. Pozostawiamy miasto, jego wysilony rytm i pośpiech, ucieczkę od siebie i pogoń za uciechą. Potykając się o wystające z ziemi korzenie i skały, zapominamy o równych trotuarach miasta i tramwajowych szynach. Od kilku lat kaplica na Wiktorówkach jest centrum powstawania zupełnie nowej i odmiennej tradycji. Coraz częstsze są okresy, gdy z miejsca i oazy ciszy staje się miejscem odwiedzanym przez tłumy, którym nie zawsze od razu udaje się bezszelestnie wejść w tę ciszę i ją uszanować. Większość to grupy młodzieży, która wraz ze swoimi duszpasterzami przyjechała tutaj w Tatry na kilka dni.

Przybywający tutaj duszpasterze i młodzież uczą się siebie nawzajem. Nikt nie stawia takich wymagań księżom, jak właśnie młodzież. Ani papież, ani biskup, ani starsi. Bo są daleko, a młodzież jest blisko i ponadto jest wymagająca, krytyczna i nie daje się nabrać. I dobrze, że taka jest. Gdyby chodziło tylko o zabawę, rozrywkę, znajdą sobie ciekawszych towarzyszy niż duszpasterze, ale tutaj chodzi o coś więcej. O to, by być razem - z sobą, z drugimi, z Bogiem. I to "razem" w tym miejscu jest potrzebą młodych i świadectwem większym i mocniejszym niż wszystkie pojedyncze i rozproszone świadectwa. Ostatnimi czasy Wiktorówki z dawnego intymnego zakątka w Tatrach - gdzie zakonnik w białym dominikańskim habicie wychodził na spotkanie wędrowca i zapraszał do maleńkiej kuchenki pod kaplicą, by poczęstować go rozmową i kubkiem gorącej herbaty - przemieniły się szybko i niespodziewanie w tętniące gwarem sanktuarium. Kuchenka stała się kuchnią, a kapliczka bazyliką. Teraz na herbatę zaprasza się już nie do środka, ale wynosi się ją na zewnątrz w wielkim kotle - termosie. Nie na Mszę cichą i recytowaną, ale na sumę uroczystą i śpiewaną z kazaniem.

Nowa tradycja drażni tych, którzy tutaj zażywali niegdyś intymności spotkania z przyrodą, z Panem Bogiem i ludźmi. W tej sytuacji zarówno młodzi jak i starzy dokonać muszą nowego wysiłku. Istotą tego miejsca było zawsze to, że stawiało ono wymagania. Tym razem postawiło takie. Kochających Wiktorówki naprawdę, nie przeraża świadomość, że trzeba będzie dokonać przesunięcia w sobie samym i nauczyć się dzielić to miejsce z tymi, którzy dopiero co zaczęli tutaj coraz liczniej przychodzić. Istotą bowiem prawdziwego dobra jest to, że można je dzielić wraz z innymi.

Jan Góra op


Zamieszczono w: "Królowa Tatr" 1987 r.

©1999-2000 Jacek Kowner